Na mapie młodej polskiej sceny rockowej coraz wyraźniej zaznacza się Rusty Dusty Rock Band z Suwałk – zespół, który wyrósł w miejscu nieoczywistym, ale pełnym muzycznego potencjału. Ich historia zaczyna się w momencie, gdy lokalna scena młodzieżowa niemal opustoszała, a oni sami – trochę wbrew okolicznościom – wypełnili tę lukę autorskim materiałem i energią grania na żywo. Już po kilku miesiącach prób byli w stanie przyciągnąć tłum na swój pierwszy koncert, co tylko potwierdziło, że zapotrzebowanie na świeże brzmienia było większe, niż mogło się wydawać.
W rozmowie z nami członkowie zespołu opowiadają o kulisach powstawania ich debiutanckiego materiału „Więcej rdzy, czy kurzu?”, o tym, jak dojrzewały ich utwory – czasem przez ponad rok – oraz o realiach funkcjonowania w środowisku zdominowanym przez coverbandy i starsze pokolenie muzyków. Nie brakuje też lżejszych momentów: od anegdot koncertowych po… spory o to, jak poprawnie przygotować makaron w studiu nagraniowym. To wywiad, który pokazuje nie tylko muzykę, ale też ludzi stojących za nią.
Przypomnijmy skład zespołu Rusty Dusty Rock Band
- Sebastian Jasiński – wokal, gitara, instrumenty klawiszowe,
- Zuzanna Staśkiewicz – wokal, gitara basowa, gitara,
- Krystian Pietkiewicz – perkusja,
- Franciszek Wiszniewski – gitara, śpiew.

Wasz numer, który najlepiej oddaje klimat zespołu – jeden tytuł. I dlaczego?
FRANEK:
Utworem, który świetnie oddaje klimat zespołu mogą być “Wspomnienia”. Pojawił się on w naszym repertuarze jako jeden z pierwszych i szybko wzbudził szczególną sympatię wśród fanów. Każdy z członków zespołu ma w nim swoją chwilę na solówkę gitarową, popis wokalny, czy zjawiskowe wstawki perkusyjne. “Wspomnienia”, przez wiele różnorodnych sekcji reprezentują każdego członka zespołu, dając wszystkim szansę, aby zaprezentować swoje umiejętności, a zarazem siebie.

Kto w zespole ma najdziwniejszy gust muzyczny poza rockiem?
KRYSTIAN:
Dzielę się przeróżnymi gatunkami muzyki, których słucham na co dzień. W moich żyłach oprócz rocka płynie funk, muzyka indie oraz niepoliczalne metrum. W ostatnim czasie interesuję się takimi zespołami jak Vulfpeck, Knower albo Angine de Poitrine, który ostatnio zyskał na popularności.
Jak oceniacie scenę muzyczną w Suwałkach i jak Wasze pochodzenie wpływa na Waszą twórczość?
SEBASTIAN:
Jeszcze 3 lata temu, zanim powstało Rusty Dusty, znalezienie rówieśników do “zmontowania grupy w opałowym składzie” miało nikłe szanse. Szczególnie z tego czasu zapamiętałem deficyt w perkusistach i basistach. Teraz, kiedy już nie mam takiej potrzeby poszukiwawczej, nie mogę się do tego tak szczegółowo odnieść, ale z przebłysków, z jakimi się spotykam wynika, że sytuacja się poprawiła. Taką przynajmniej żywię nadzieję…
Suwalska scena muzyczna jest zdominowana przez osoby w średnim wieku, w głównej mierze są to istniejące i cieszące się zainteresowaniem od wielu lat coverbandy. Wydaje się, że atencja publiczności jest bardziej skierowana właśnie ku takim wykonawcom, niż tym wprowadzającym coś świeżego i autorskiego.

Rzadkość funkcjonowania młodzieżowych grup w naszym mieście wywodzi się raczej z opuszczania rodzinnych gniazd na rzecz podjęcia studiów. Tak też było we wrześniu 2023 roku. Kiedy wiele zespołów wyjechało, z pustych gruzów suwalskiej sceny młodzieżowej nagle wyłoniliśmy się my. Zapotrzebowanie wśród rówieśników na nową muzykę okazało się tak duże, że zaledwie po pół roku prób udało nam się zgromadzić niemały tłum do sali kameralnej SOKu. To był nasz pierwszy pełnowymiarowy koncert!
Warto tu wspomnieć, że w ciągu minionych wtedy lat w muzyce młodych Suwalczan panowały rządy metalu – aż takie zainteresowanie nieco lżejszymi brzmieniami, jakie prezentujemy, było doprawdy zdumiewające!
Bywa jednak tak, że nasi starsi koledzy z powodzeniem kontynuują swoje kariery w większych miastach, co nas miło zaskakuje, jako że w Suwałkach ich postacie są już objęte mitem… Gdziekolwiek jesteście, trzymamy za Was wszystkich kciuki!
Jedne z moich najświeższych obserwacji na temat suwalskiej sceny pochodzą z początku wakacji 2024, kiedy to w wyniku naszej luźnej rozmowy z właścicielami Łaźnia Cafe (pozdrawiamy Panią Ewę i Pana Piotra) powstała wyjątkowa inicjatywa, mająca na celu stworzenie sceny dla niszowych wykonawców z Suwałk i okolic. Docierały do nas bowiem przykre słuchy od znajomych lokalnych muzyków, że w grodzie nad Czarną Hańczą “nie ma gdzie grać”.
Zdecydowaliśmy więc z panią Ewą i panem Piotrem wspólnymi siłami wziąć sprawy w swoje ręce. Zależało nam na wsparciu zarówno muzyków zaczynających swoją koncertową przygodę, jak i tych bardziej doświadczonych. Szczególny nacisk na zaprezentowanie różnorodności gatunkowej panującej w naszym mieście uwidocznił się w tematycznych blokach koncertowych poświęconych punkowi, szantom, poezji śpiewanej, bluesowi, rockowi, alternatywie, popowi, metalowi oraz muzyce ludowej.
Kiedy zrobiliśmy listę wszystkich wykonawców działających na terenie Suwałk i okolic, nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom, że miejsce na kartce się kończy, a zespołów narasta! “WAKAcyjna muZYKA”, bo tak nazwaliśmy ten cykl koncertów, udowodniła – również nam samym – że suwalska scena muzyczna jest różnorodna, aczkolwiek nieodkryta. Dlaczego tak jest? – odpowiednie osoby powinny się nad tym zastanowić…
Jeśli chodzi o nasze pochodzenie, to może mieć ono (przynajmniej dla mnie) wpływ na warstwę liryczną naszej twórczości. Suwalszczyzna od dekad oddziaływuje pozytywnie na twórców wszelkiego rodzaju poprzez chociażby samą bliskość piękna natury.
Z pewnością Suwałki Blues Festival, który gromadzi w swoim programie zarówno legendy sceny, jak i mniej znane, a mimo wszystko utalentowane nazwiska, również w jakimś stopniu oddziałuje na nas, młodych muzyków głodnych rozwoju. Obejrzane i wysłuchane występy inspirują nas m.in. do zastosowania nowych technik gry, ale najbardziej jednak motywują do osiągnięcia statusu legendy!
Jedna rzecz której nauczyliście się o sobie nawzajem przez ten czas grania razem
ZUZIA:
Rzeczy, których nauczyliśmy się o sobie nawzajem przez ponad 2 lata wspólnych prób i koncertów jest cała masa. Opowiem więc o tej, która podzieliła nasz zespół na dwa obozy.
Ta niespodziewana różnica gustów wyszła na jaw, kiedy nagrywaliśmy piosenki do albumu „Więcej rdzy, czy kurzu?”. W ciągu tygodnia spędzonego w studiu nagraniowym, codziennie ktoś inny ze składu miał za zadanie popisać się swoimi umiejętnościami nie tylko wykonawczymi, ale też… kulinarnymi.

Nasze menu składało się głównie z dań z makaronem i właśnie o różnicy w preferencji przygotowania tego składnika się przekonaliśmy. Okazało się, że Krystian i ja lubimy makaron, który po ugotowaniu i odcedzeniu jest dodatkowo przepłukany wodą, natomiast Franek i Sebastian wolą, aby tego nie robić. Tak narodził się najistotniejszy podział stron w Rusty Dusty.
Co więcej, przekonaliśmy się, że jesteśmy dosyć utalentowani, aby zespołowo zjeść kilogramową paczkę makaronu za jednym podejściem.
Najbardziej absurdalna sytuacja, jaka przydarzyła wam się na próbie albo koncercie?
KRYSTIAN:
Jedna z najbardziej absurdalnych sytuacji przydarzyła się nam w Olecku, kiedy graliśmy koncert. Wraz z gitarzystą Frankiem poszliśmy na hot-doga z racji tego, iż zostało nam jeszcze trochę czasu. Kiedy odbieraliśmy jedzenie, dostaliśmy telefon, że trzeba już wchodzić na scenę.

Zaczęliśmy biec. W pośpiechu prawie zadławiłem się hot-dogiem. Kiedy weszliśmy na scenę poczuliśmy ulgę, choć puls mówił nam co innego. Taki kilometrowy bieg usuwa z człowieka cały stres, który posiada przed koncertem.
Studio czy scena – gdzie czujecie się bardziej „u siebie”?
FRANEK:
Zarówno studio, jak i scena to środowiska, w których działanie sprawia nam przyjemność. Naprawdę trudno wybrać, w którym odnajdujemy się lepiej. Przez energię gry na żywo na koncertach czy możliwość dopracowania utworów do wymarzonych wersji w pracowni dźwiękowej.
I moim zdaniem właśnie to drugie delikatnie przeważa na korzyść studia. Charakterystyka studia dająca szanse na poprawki, dodatki w formie efektów czy nowe partie niemożliwe do wykonania na żywo umożliwia wypracowanie tychże utworów do ostatecznych form, często wynosząc je na nowy poziom.
Studia, będąc wyspecjalizowanymi środowiskami stworzonymi specjalnie do nagrywania muzyki, nie mają problemów występujących na imprezach na żywo takich jak: słaba akustyka pomieszczeń czy niedobór sprzętu dźwiękowego.
Który utwór z płyty był najtrudniejszy do dopracowania i dlaczego- muzycznie tekstowo lub produkcyjnie?
ZUZIA:
Utwór figurujący na albumie pod numerem 10 to kawałek, który przeszedł najwięcej modyfikacji od swojego powstania, aż do finalnej wersji z nagrania, dlatego można powiedzieć, że był najcięższy do dopracowania.
„World of problems” jest złożony z odrębnych segmentów. Z początku anglojęzyczne partie wokalne występowały tylko w spokojnych częściach, natomiast energiczne fragmenty opierały się na improwizacji i „pojedynku gitar”.
Z biegiem czasu muzyka stała się bardziej zaplanowana i przemyślana, dodaliśmy solo gitarowe z użyciem smyczka i solo basowe. Pojawiły się nowe fragmenty tekstu po polsku, które językiem, przekazem i intonacją podkreśliły kontrast między odmiennymi segmentami piosenki. Ten utwór potrzebował 1,5 roku, żeby dojrzeć w naszych rękach.

“Więcej rdzy, czy kurzu?” – co było pierwsze: koncept albumu czy konkretne utwory, które go zbudowały?
SEBASTIAN:
Ideą powstania naszego zespołu było granie autorskiego materiału rockowego, pełnego dynamiki i płynnego następowania po sobie kolejnych utworów. Nasze nastoletnie marzenia miały cichą nadzieję, że prędzej czy później będzie nam dane uwiecznić rdzawy kurzawy “dorobek” na płycie.
W takim naturalnym założeniu powstał medley “Marzenia”, “Miraże”, “Zakurzony rytm”, “Smile Addict”, który od samego początku towarzyszył naszym koncertom, a później został dodatkowo wzbogacony o “Klan”.
Poza pewniakiem, jakim był medley, wiedzieliśmy, że na płycie muszą się pojawić “Wspomnienia”. Jest to utwór, z którym od początku czuliśmy się na tyle pewnie, że wybraliśmy go jako nasze pierwsze nagranie studyjne, a na dodatek miałem pomysł na jego produkcję, która jednak najlepiej została ukazana dopiero w wersji płytowej.
Oprócz tego, na koncertach szybko się okazało, że jest to taki nasz “orlikowy szlagier”, a to za sprawą chwytliwego powtarzającego się tytułowego refrenu. Nie można było zawieść rozśpiewanych fanów (śmiech).
Idąc tropem płynności, wkrótce na naszych koncertach pojawił się “Wstęp” otwierający “Wspomnienia”. Wybierając pozostałe utwory na płytę, kierowaliśmy się ich tonacjami, nastrojami, a także poziomem artystycznym tak, aby powstała jak najciekawsza, najbardziej możliwie spójna całość.
Mamy nadzieję, że takie rozwiązanie spowodowało, że płyta jest dla słuchacza wciągająca.
Na zakończenie (od Redakcji)…
Rusty Dusty Rock Band to przykład zespołu, który świadomie buduje swoją tożsamość – zarówno muzycznie, jak i środowiskowo, angażując się w rozwój lokalnej sceny. Ich podejście do tworzenia, cierpliwość w dopracowywaniu materiału i autentyczna energia sprawiają, że trudno traktować ich jako chwilowe zjawisko. Jeśli utrzymają ten kierunek, ich „rdzawy kurz” może jeszcze długo unosić się nad polską sceną.
Fot. Łukasz Tyczkowski

